Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 października 2015

Recenzja poznańskiej Dark Restaurant

Dark Resturant- ul. Garbary 48

Dawno temu moja znajoma opowiadała  o ciekawym lokalu w Poznaniu, gdzie atrakcją jest jedzenie w totalnej ciemności. Zaintrygowało mnie to, ale dopiero po prawie 2 latach, chcąc uczcić rocznicę związku, postanowiliśmy się tam wybrać. Szliśmy podekscytowani i oczekiwaliśmy niecodziennych doznań smakowych.  Dzisiejszy wpis jednak będzie chyba bardziej o tym, jak kilka szczegółów potrafi zepsuć nawet najlepszy lokal.

Tak to mniej więcej wyglądało;)
Jak to wygląda w praktyce?

1.           Przywitała nas bardzo miła pani i od progu nami zaopiekowała. Oddaliśmy kurtki do szatni, a następnie przeszliśmy do przyciemnianego (ale jeszcze nie ciemnego), wprowadzającego w klimat pokoju przejściowego, w którym zostały wyjaśnione nam "reguły gry". Zaznaczyliśmy też, czego nie chcielibyśmy znaleźć w naszych daniach. Oboje zdecydowaliśmy się na zestawy wegańskie. 
2.           Chwila na wyłączenie telefonów, skorzystanie z toalety, psychiczne nastawienie na inny wymiar jedzenia i ruszyliśmy w ciemności. Trzymając się ramienia uprzejmej kelnerki zostaliśmy przyprowadzeni do naszego stolika w totalnie ciemnej sali. Nie sądziłam, że będzie aż tak ciemno;) W zasadzie nie robiło różnicy, czy mieliśmy zamknięte czy otwarte oczy. Nie widzieliśmy żadnego konturu ani choćby odrobiny światła.
3.           Zamówiliśmy po wodzie z podwójną ilością cytryny i czekaliśmy na przystawkę. Pierwsze minuty były dziwne, śmieszne i jednocześnie lekko przytłaczające. Nie wiem, czy sama wytrzymałabym tam. We dwoje za to mieliśmy ubaw. Odnalezienie szklanki i nalewanie wody stało się nie lada wyzwaniem. Jednak po paru minutach oswoiliśmy tę ciemność i poczuliśmy się bardziej komfortowo.
4.           Nadszedł czas jedzenia. Myślałam, że mimo wszystko spróbuję jeść sztućcami. Oczywiście szybko okazało się, że nie ma to sensu i jedzenie rękoma znacznie ułatwia sprawę. Zaczęło się eksplorowanie każdego składnika dania i choć smaki były nam znane, nazwanie poszczególnych produktów nie należało do najłatwiejszych, ale świetnie się przy tym bawiliśmy. Poniżej opis jedzenia, na podstawie składników, które rozpoznaliśmy (zapewne były jeszcze inne).

Przystawki
I zestaw: pieczona figa, sałata, sos pomarańczowy
II zestaw: bakłażan, sałata, oliwki, słonecznik, sos
Oba zestawy były smaczne,  może nie zrobiły jakiegoś piorunującego wrażenia, ale też nie można niczego zarzucić.

Danie główne
I zestaw: pieczona dynia, frytki z selera, pieczony pomidor, sporo świeżego imbiru, sos
II zestaw: kasza bulgur z curry kokosowe z warzywami
Zdecydowanie najlepsza pozycja z 3 podanych nam tego wieczoru dań. Jedzenie było przepyszne!

Deser
I zestaw: arbuz i melon w sosie owocowym
II zestaw: różne owoce w sosie śliwkowym
Deser mojego chłopaka był bardzo dobry. Słodki, jak na deser przystało. Co do mojego, to było to jedno wielkie rozczarowanie. Nie nazwałabym tego deserem, tylko raczej owocami pozbawionymi swojego pierwotnego smaku. Podgrzewany melon podany z lekko kwaskowym, niesłodkim sosem to chyba nienajlepsze rozwiązanie.

5.           Na koniec odbyło się spotkanie z panią, która przygotowywała dla nas tego wieczoru kolację. Celem było przedstawienie nam składników, których nie odgadliśmy lub co do których mieliśmy wątpliwości. Niestety ten punkt programu okazał się jednym wielkim nieporozumieniem. Kucharka nie była w stanie dokładnie powiedzieć co zostało nam podane, ponieważ wszystko jej się myliło. Najpierw z naszych dwóch różnych dań zrobiła jedno, potem to już sama nie wiedziała kto miał co i czy to rzeczywiście było to, a ostatecznie stwierdziła, że miała wczoraj ciężki dzień i chyba dlatego wszystko jej się pomieszało. Koniec końców, nie wiadomo, czym rzeczywiście uraczono nas tego dnia. Abstrahując od nieudanej prezentacji, myślę, że fajnie byłoby gdyby klient po wyjściu z ciemności miał możliwość zobaczenia potraw np. na zdjęciu.

Co było na plus:
1.      Dogodna lokalizacja- centrum miasta.
2.      Idealny dla tego przedsięwzięcia lokal, który świetnie stopniowo wprowadza w całą zabawę.
3.      Bardzo miłe, uprzejme i zabawne kelnerki.
4.      Zdecydowanie większe kulinarne doznania, można przekonać się, że kiedy wyłączymy jeden zmysł, drugi bardzo się wyostrza.
5.      Bardzo dobre danie główne.

Co było na minus:
1.     Poczułam lekki niepokój po tym, jak pani przyjmująca nasze zamówienie na opcje wegańskie, pytała czy mleka również ma nie być (mają taki wariant, a nie wiedzą z czym się tego nie je?)
2.      Moje porcje, nie wiedzieć czemu (w końcu zapłaciłam tyle samo) były znacznie mniejsze niż porcje mojego chłopaka (co prawda nie widziałam, ale stwierdziliśmy to na postawie wyczucia ręką.
3.      Przystawka nie powaliła, a deser nie był deserem.
4.      Końcowa prezentacja dań okazała się totalną porażką.
5.      Biorąc pod uwagę minusy uważam, że cena jest wygórowana (100 zł./osobę/ bez napojów).

Podsumowując:
Do pewnego momentu wizyty Dark Restaurant, byłam zachwycona. Mieliśmy ubaw przy tak niecodziennym przeżyciu. Niestety od deseru miałam tylko negatywne odczucia, a jak to mówią nie ważne jak zaczynasz, ważne jak kończysz i z takimi odczuciami opuściłam lokal. Może nawet nie czepiałabym się tak bardzo, ale jeśli płacę tak dużą kwotę, to oczekuję perfekcji w każdym punkcie programu. Owszem, rozumiem, że każdy może mieć zły dzień, ale jak to przy którymś wpisie słusznie zauważyła Hello Morning, ja też mogę mieć zły dzień i chcieć właśnie w takim lokalu go sobie poprawić. Zapowiadało się świetne przeżycie i częściowo takie było, jednak wychodziłam z poczuciem dużego niedosytu i rozczarowaniem. Nie sądzę, żebym jeszcze kiedyś chciała tam wrócić. 

niedziela, 27 września 2015

Recenzja poznańskiej Mixtury

Mixtura- ul. Piekary 17

Tyle dobrego słyszałam o Mixturze, a jakoś zawsze była mi nie po drodze. Spotkanie z dawno niewidzianą koleżanką było dobrym pretekstem, żeby odwiedzić to (jak mi się wydaje) już chyba kultowe wegetariańsko- wegańskie miejsce na kulinarnej mapie Poznania.  Jest to również na pewno jedyny w swoim rodzaju lokal i choćby z tego względu warto tu zajrzeć, ale przejdźmy do szczegółów:)

Co było na plus:
1.      Miejsce: centrum, okolice ul. św. Marcin.
2.      Lokal/ wystrój- świetna aranżacja wnętrza. Jest bardzo oryginalnie, nowocześnie, ale w swojski, przytulny sposób. Sam wystrój sprawia, że chce się tam siedzieć i nadaje miejscu wyjątkowy, bardzo luzacki klimat. Dodatkowym plusem była dość alternatywna muzyka (o taka np. albo taka), która idealnie trafiła w moje gusta.Czułam się tam, jakbym siedziała w pokoju dobrych znajomych.  
3.  Menu- do wyboru burgery- kilka opcji, danie dnia, frytki selerowe lub ziemniaczane oraz ciasto.
4.  Jedzenie- zamówiliśmy ja: małego burgera Tempack z tempehem i obłędnym sosem z mango, frytki ziemniaczane oraz sok ze świeżo wyciskanych owoców, moja koleżanka Aga: małego Buroburgera z buraków, frytki z selera oraz herbatę. Burgery (nie licząc bułki) były znakomite: tempeh rewelacyjnie doprawiony, a tak dobrego sosu z mango jeszcze chyba nigdy nie jadłam. Frytki smakowały również bardzo dobrze. Na plus, że nie ociekały tłuszczem i podane były z bardzo smacznym sosem. Aga również miała podobne wrażenia.
5.     Krótki czas oczekiwania na jedzenie- ok. 10-15 min.
6.  Ceny- rozsądne, adekwatne do porcji, jakości  i smaku (za burgera, frytki i sok zapłaciłam ok. 30 zł.).

Co było na minus:
1. Obsługa. Pani przyjmująca nasze zamówienie była nieprzyjemna. Najpierw miałam wrażenie, że od niechcenia przyjęła nasze zamówienie, a potem, kiedy koleżanka grzecznie przypomniała, że nie dostała swoich frytek, również zareagowała, jakby była to co najmniej jakaś złośliwość. 
2. Mini minus to bułka do burgera- mogłaby być bardziej miekka. 


Podsumowując:

Lokal godny odwiedzenia. Myślę, że będę tam wracać. Mimo niebyt przyjemnej obsługi (mam nadzieję, że obsługująca nas pani miała po prostu zły dzień i nie jest to normą),  Mixtura broni się jakością, smakiem i świetnym wnętrzem. Jeśli macie ochotę na fast-food w trochę zdrowszym niż zazwyczaj wydaniu, to z Mixtury na pewno nie wyjdziecie głodni:)






wtorek, 26 maja 2015

Recenzja poznańskiego "Pod Lampionami"

Pod Lampionami- Woźna 19

Spontaniczne randez-vous w Kwadracie w środku tygodnia? Super pomysł! Sprawdzona miejscówka, pyszne żarcie i dobry klimat. Wszystko ładnie, pięknie, gdyby nie  informacja na drzwiach, że dziś nieczynne... No cóż, nie ma tego złego, bo dzięki temu odkryliśmy w sąsiedztwie wspaniały lokal, w którym jak się okazało, można zjeść po wegańsku.

Wejście do lokalu- jak to możliwe, że nie widziałam go wcześniej?:D
Poznań, miasto doznań, nie przestaje mnie zadziwiać. Powstaje coraz więcej wegańskich lokali, a te z mięsem w menu coraz częściej pamiętają o roślinożercach i oferują nam prawdziwą roślinną ucztę. Tak było i tym razem Pod Lampionami

Co było na plus:
1.      Miejsce: centrum, okolice Starego Rynku.
2.      Lokal/ wystrój- bardzo klimatycznie, ciepła, swojska atmosfera, uroku dodawały lampiony podwieszone do sufitu oraz nietypowe fotografie na ścianach.
3.      Menu- przejrzyste, kilka konkretnych dań, oprócz mięsnych pozycji, znajdziemy tu też kilka opcji wegetariańskich i wegańskich.
4.      Jedzenie- zamówiliśmy zupę meksykańską, burgery z botwinki i kaszy jaglanej oraz curry z warzywami. Zacznę od zupy, które była REWELACYJNA. Idealnie doprawiona, z mnóstwem warzyw- jednym słowem na bogato! Burgery były odrobinę za suche, choć w smaku bardzo dobre. Do nich podano nam doskonały  hummus oraz wyborną sałatę polaną sosem musztardowym i posypaną ziarnami. Curry z warzywami było obłędne, pikantne, tak jak lubię, pełne świeżych warzyw, a orzeszki arachidowe w tym połączeniu genialne! 
Jedzenie jedzeniem, ale nie mogę nie wspomnieć porcji, które były OGROMNE! Nie lubię marnować jedzenia i uważam, że porcje powinny być odpowiednio wyważone. Jednak jeśli obsługa proponuje spakowanie nam reszty jedzenia na wynos, to nie mogę narzekać;) 
Jeśli chodzi o ceny, to są adekwatne do oferowanej jakości i smaku; danie główne kosztuje ok. 20-25 zł. 
5.      'Krótki czas oczekiwania na jedzenie- ok. 15-20 min.
6.      Obsługa- bardzo miła, profesjonalna. Kelnerka bez problemu potrafiła wymienić skład potraw, co jest na duży plus, a niekoniecznie normą w innych lokalach.

Co było na minus:
Brak.

Podsumowując:
Pod Lampionami to kolejne wspaniałe miejsce, które zadowoli zarówno mięso- jak i roślinożerców. Polecam to miejsce nie tylko ze względu na pyszne jedzenie, ale też za jego urok i pozytywną atmosferę. Wpisuję je na listę moich ulubionych, bo z pewnością będę tam wracać. 

Wyjątkowy klimat
Herbata z takiego czajniczka musi smakować;)
Obłędne curry z warzywami
Burgery z botwinki i kaszy jaglanej
Zupa meksykańska- wypas!

niedziela, 19 kwietnia 2015

Potyczki blogerów/ Sajgonki z soczewicą i sosem orzechowym

W miniony weekend miałam okazję brać udział w potyczkach kulinarnych blogerów zrzeszonych w akcji Weganizm. Spróbujesz?. Zapraszam do przeczytania mojej relacji:)

Tuż przed, czas się przedstawić:)
Pamiątkowe zdjęcie na koniec:)

Ja na potyczki?
Przyznam, że kiedy dostałam od Alicji i Ani ze Stowarzyszenia Empatia zaproszenie do udziału w potyczkach, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony wielka radość, że zostałam tak wyróżniona, a z drugiej obawy, czy jestem już na takim etapie, żeby publicznie dzielić się swoją pasją (czyt. czy  np. nie zje mnie stres?:D)Wiadomo, że co innego gotować sobie na spokojnie w domu, dopieszczać każde danie smakowo i wizualnie, a co innego robić to na oczach kilkudziesięciu osób i jeszcze zrobić to tak, żeby wszystkim (lub przynajmniej większości) kulinarnie dogodzić. Ostatecznie stwierdziłam jednak, że nie mam nic do stracenia, a nauczyć może mnie to wiele.

Dzień potyczek- gdzie ten stres?
Spodziewałam się, że im bliżej potyczek, tym bardziej będzie rósł poziom mojego stresu. Tymczasem dojechałam do Warszawy, a tam zamiast stresu ciągłe podekscytowanie i czysta radość z tego, co mnie czeka. Wszystko poszło bardzo sprawnie. Atmosfera była fantastyczna, a to zasługa zarówno organizatorów, jak i publiczności, która nie szczędziła wyrazów uznania.
Nie sposób tutaj pominąć wielkiego wsparcia, jakim byli dla mnie w tym dniu:
- siostra Justyna, która rewelacyjnie sprawdziła się w roli pomocnika i dzielnie obsługiwała przez 3 godziny patelnię, rozumiałyśmy się bez słów, choć wcześniej nigdy razem nie gotowałyśmy,w sumie wydałyśmy 200 porcji!
-  mój chłopak Sławek, który był w pobliżu zawsze kiedy niespodziewanie potrzebowałam pomocy i nie tylko
- oraz kuzynka Basia i i moja chrześniaczka Malwinka, które zaskoczyły mnie swoją obecnością i sprawiły mi nią wielką radość.

Na miejsca, gotowi, start!;)
Moja największa wygrana
Choć do rywalizacji stanęło 4 blogerów (Wegańska babeczka, Miejscy roślinożercy, Weganon i ja), w żaden sposób nie odczuwałam tego, że o coś walczymy. Było bardzo przyjaźnie, wesoło i luzacko. Zero presji, tylko i wyłącznie zabawa, radość z gotowania i dzielenia się jedzeniem z innymi. Wygrało danie autora bloga Weganon (próbowałam jego kotlecików- doskonałe!). Jednak i ja wróciłam z poczuciem wygranej. Tyle pozytywnych słów na temat mojego gotowania w życiu nie słyszałam. Dziękuję wszystkim osobom, które próbowały naszych dań i były tak szczodre w komplementowaniu i docenieniu tego, co zrobiłyśmy z siostrą. Bardzo mnie to podbudowało i dodało wiary, że to co robię ma sens. Ten blog jest dla mnie odskocznią od codzienności,  prowadzę go hobbistycznie, niektórzy pytają, po co to robię, w końcu nikt mi za to nie płaci, a ja wiem po tym weekendzie, że "z kilku przepisów na krzyż" i znikomym doświadczeniu w kuchni na samym początku blogowania, powstało coś wartościowego. Nie da się tego ująć w ramy finansowe, ale czuję, że chce mi się to robić dalej, że chcę dalej rozwijać kulinarne skrzydła i dzielić się z Wami tym co mi głowa i kubki smakowe podpowiadają:)

W nagrodę dla tych którzy dobrnęli do tego momentu, zamieszczam poniżej przepis na moje popisowe danie z potyczek. Najlepszą zachętą do ich zrobienia niech będzie fakt, że jeśli nie wszyscy to większość osób z publiczności przychodziła po dokładkę;)

Składniki:
Farsz
v  1 op. papieru ryżowego (ok.16 sztuk)
v  1 szkl. soczewicy + 2 szkl. bulionu warzywnego
v  1/2 szkl. moreli lub żurawiny
v  2 pęczki pietruszki
v  1/4 szkl. oliwy z oliwek
v  sok z połówki cytryny
v  po 2 łyżki ziaren sezamu, słonecznika i pestek dyni
v  1 ząbek czosnku
v  1/2 łyżeczki pieprzu
v  olej kokosowy/ ew. inny roślinny

Sos orzechowo-imbirowy
v  2 łyżki masła orzechowego
v  1 łyżeczka imbiru
v  1 łyżka sosu sojowego
v  1 łyżka soku z cytryny
v  1/4 szkl. wody
v  1/6 łyżeczki wasabi (kropelka pasty)

v  prażone ziarna sezamu, pestek dyni i słonecznika do posypania

Wykonanie:
Farsz:
  1. Ziarna prażymy na suchej patelni, tak by się przyrumieniły.
  2. Soczewicę gotujemy w bulionie ok. 15 min.
  3. Morele/ żurawinę kroimy w kosteczkę.
  4. Robimy pesto, tj. blendujemy pietruszkę, oliwę z oliwek, sok z cytryny, uprażone ziarna, czosnek i pieprz.
  5. Łączymy ugotowaną soczewicę z morelami/ żurawiną i pesto.
Papier ryżowy:
  1. Papier ryżowy zamaczamy  na kilka sekund w ciepłej wodzie i delikatnie wyciągamy na suchą deską do krojenia, nakładamy na niego 1 kopiastą łyżkę farszu i zawijamy tak jak gołąbki lub tak jak polecają na opakowaniu.
  2. Smażymy z obu stron na oleju kokosowym.
Sos:
  1. Blendujemy wszystkie składniki.
Podanie:
  1. Ciepłe sajgonki polewamy sosem orzechowym i posypujemy uprażonymi ziarnami.
Fot. R. Kołomłocki


wtorek, 13 stycznia 2015

Recenzja poznańskiej Cafe la Ruina/ Raj

Cafe la Ruina/ Raj przy ul. Śródka 3

Ostatnimi czasy odwiedziłam kilka restauracji i przyznam, że zwlekam ciągle z recenzją każdej z nich. Powodem jest nijakość. Niby miejsce ok, jedzenie ok, ale człowiek wychodzi i w sumie stwierdza, że nie ma nic szczególnego, o czym warto byłoby napisać. Inaczej sprawa ma się z Cafe la Ruina, a właściwie z Rajem, który jest sąsiadem (a zarazem częścią?) tej pierwszej. Dwa słowa mogą określić wszystko w tym lokalu: PEŁEN ZACHWYT. Przekroczyłam próg i nagle poczułam się jakbym właśnie była w ekscytującej podróży- w innym czasie, kraju i kulturze. Bez wątpienia stwierdzam, że nigdy wcześniej restauracja/ lokal nie zrobiła na mnie tak wielkiego wrażenia. To jedno z tych miejsc, które zaskakują, do których się wraca, które karmią wszystkie zmysły i nie pozwalają o sobie zapomnieć . 
A teraz konkrety:

Co było na plus:
1. Miejsce: blisko centrum, zaraz przy Rondzie Śródka.
2. Lokal/ wystrój- moje pierwsze wrażenie: wszystko jest inne niż to, co do tej pory widziałam, ale w pozytywnym sensie. W jednej chwili, siedząc przy stoliku, zaczyna się mentalnie podróżować. Otoczenie wzbudza zainteresowanie, jest dziwnie, jest ciekawie, jest fenomenalnie!
3. Menu- proste i przejrzyste, kilka dań do wyboru i kilka w wersji wegańskiej na życzenie- istny RAJ po prostu! Do tego niesamowity pomysł, żeby menu znajdowało się na kartkach z podróży.
4.  Jedzenie- zamówiliśmy: ja- Wege Thai, mój chłopak- Testaroli. Szkoda, że nie zrobiliśmy zdjęć naszych min po zjedzeniu pierwszych kęsów- to był (nie da się tego inaczej opisać) kulinarny orgazm! Połączenie smaków idealne, w każdej potrawie było coś, co zaskakiwało. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak zachwycona jedzeniem. Człowiek je, je i myśli tylko jedno: Niech żyje hedonizm!;) Porcje wg mnie niemal idealne (ilość Testaroli mogłaby być nieco większa) i choć dania nie są najtańsze, to w zamian za doznania moim zdaniem warte swojej ceny.  Do picia zamówiliśmy ciekawie smakującą herbatę ryżową, która podana została w niebanalnych naczyniach. Warto wspomnieć, że na każdym stoliku znajduje się woda, za którą nie trzeba płacić.
5.  Krótki czas oczekiwania na jedzenie- ok. 15 min.
6. Obsługa- profesjonalna, rzetelna, pomocna, potrafiąca wczuć się w potrzeby klienta (miła pani kelnerka po minie zorientowała się, że jedzenie pałeczkami to niekoniecznie moja najmocniejsza strona;)). Poza tym potrafią odróżnić wegetarianizm od weganizmu, co nie wszędzie jest normą. 

Co było na minus:
Zdecydowany brak minusów.

Podsumowując:
Cafe la Ruina/ Raj to idealne miejsce nie tylko dla tych, którzy  chcą pysznie, oryginalnie i zdrowo zjeść, ale również dla wszystkich tych, którzy cenią sobie wysublimowaną oprawę tego jedzenia, którzy mają ochotę na kulinarną podróż i wreszcie, którzy po prostu kochają celebrować chwile. Warto tam zajrzeć, ja w każdym razie na pewno tam wrócę. 

Menu na tablicy i ceny
Menu na stoliku w formie pocztówek z opisem każdego dania;)
Wege Thai- obłędnie pyszne!
Testaroli- zdjęcie może nie w najlepszej jakości, ale danie owszem:)
Fotografie z podróży
Klimatyczna przestrzeń
Podróże na ścianie
Ciekawa aranżacja ściany
Niebanalne naczynia
Bezpłatna woda i oryginalne menu raz jeszcze







poniedziałek, 1 września 2014

Recenzja poznańskiego Kwadratu

Kwadrat przy ul. Woźnej 18

Odkąd w moim życiu zagościła dieta wegańska, pogodziłam się z faktem, że jedzenie na mieście może być problematyczne. Tym większa była moja radość, kiedy odkryłam Kwadrat- w 100% wegański lokal . Jak dotąd odwiedziłam ten lokal 3 razy i przyznam, że za każdym razem jest on źródłem mojej kulinarnej inspiracji.


Przejdźmy zatem do szczegółów:)

Co było na plus:
  1. Miejsce: ścisłe centrum miasta, po jedzeniu można pospacerować po Starym Rynku.
  2. Lokal/ wystrój- bardzo ładne i estetyczne miejsce, którego klimat bardzo dobrze współgra z roślinnym menu. W tle spokojna, przyjemna muzyka.
  3. Menu- w karcie znajduje się  wiele wegańskich dań, ale oprócz tego, spoza karty  na tablicy można znaleźć polecane dania dnia. Lokal serwuje również wspaniałe słodkości i napoje. Wszystko 100% wegańskie! (Wiem, że się powtarzam;))
  4. Jedzenie- zamówiliśmy: ja- Gnocchi z suszonymi pomidorami, czarnymi oliwkami i czosnkiem z wegańskim serem, mój chłopak- Falafele z sałatą z sosem sezamowym, humusem i pitą. Obydwa dania smakowały po prostu obłędnie, do tego stopnia, że już nie wiedziałam z którego talerza mam jeść;) Oprócz tego wszystko świeże, aromatyczne i pięknie podane. Porcje wg mnie idealne i warte swojej ceny.
  5. Krótki czas oczekiwania na jedzenie- ok. 10 min.
  6. Bardzo miła i przyjazna obsługa.
Co było na minus:

Jedyny minus to (nie)wielkość lokalu. Wyobrażam sobie, że przy pełnym obłożeniu trudno byłoby normalnie porozmawiać (stoliki w niewielkiej odległości od siebie). Oczywiście można zinterpretować to jako atut i określić to miejsce jako przytulne, jednak ja, jak już wspominałam w poprzednich recenzjach odnajduję się lepiej w większych przestrzeniach. Nie jest to jednak absolutnie taki minus, który mógłby zniechęcić mnie do ponownych odwiedzin:)

Podsumowując:
Kwadrat to raj dla wegan i nie tylko. Jeśli chcielibyście przekonać kogoś do kuchni wegańskiej, to  powinniście zaprosić go właśnie tu. Jestem pewna, że nawet mięsożerca przeżyje tam kulinarną rozkosz. Póki co jest to mój ulubiony lokal w Poznaniu i już planuję kolejną wizytę tam, ale tym razem na pewno skuszę się już na kawę i coś słodkiego. 

                                                                  Menu dnia i ceny
Rewelacyjne falefele
                                                                     
                                                                    Przepyszne Gnocchi



wtorek, 19 sierpnia 2014

Recenzja poznańskiej Papierówki

Papierówka przy ul. Zielonej 8

O Papierówce dowiedziałam się przypadkowo z facebooka. Moją uwagę zwróciła informacja, że codziennie oprócz potraw tradycyjnych (t.j. mięsnych) serwowane jest tam jedno danie wegańskie. Ciekawa byłam, czy w restauracji, w której można zjeść potrawy mięsne, obsługa będzie miała świadomość, że wegańskie to nie wegetariańskie (wiele razy zdarzyło mi się, że było inaczej).



I tu w zasadzie mogłabym zakończyć recenzję Papierówki jednym zdaniem: To genialne miejsce pod każdym względem!

Pozwolę sobie jednak jeszcze nacieszyć się oraz powspominać i uargumentuję mój zachwyt tym lokalem;)

Co było na plus:
  1.  Miejsce: centrum miasta, ale z innej niż zwykle perspektywy, jedzenie z ładnym widokiem na park, fontanny, bardzo spokojna, przyjemna i relaksująca miejscówka.
  2. Wystrój lokalu- po wejściu miałam poczucie dużej przestrzeni, ogólnego ładu i porządku, elementy wystroju idealnie się ze sobą komponowały. Panuje tu bardzo dobra atmosfera. Przy wejściu pomyślałam, że chce mi się tam być, a przy wyjściu, że wcale nie chce mi się wychodzić:)
  3. Prostota w menu- kilka dań do wyboru, a co dla mnie najważniejsze w tym również jedno wegańskie. Nie wszystkie dania były mięsne, więc wegetarianie mieliby nieco większy wybór;) Duży plus za to, że codziennie zmienia się menu.
  4. Bardzo krótki czas oczekiwania- ok. 10 min.
  5. Jedzenie- zamówiliśmy: ja Rożki z ciasta filo z soczewicą (danie wegańskie), a mój chłopak Chłodnik z gruszki i pietruszki oraz Makaron Puttanesca (dania wegetariańskie). Wyglądało to obłędnie! Smakowało jeszcze lepiej! Byłam zachwycona moim wegańskim daniem. Stanowiło ono piękną kompozycję, co cieszyło oko, a oryginalne połączenie smaków intrygowało. Dało się wyczuć, że wszystkie składniki są świeże i wysokiej jakości. Podobne odczucia wzbudziły również dania wegetariańskie. Zdecydowanie dajemy  10/10 punktów, jeśli chodzi o jedzenie.
  6. Zorientowana i bardzo miła obsługa- nauczona doświadczeniem dosadnie dopytywałam, czy aby na pewno w tym wegańskim daniu nie ma mleka ani jajek, na co otrzymałam bardzo spokojną i rzeczową odpowiedź samego kucharza.
  7. Możliwość zjedzenia na tarasie. 
Minusów brak.

Podsumowując:
Idealne miejsce dla wegan wychodzących z mięsożerną rodzinką lub znajomymi. Każdy znajdzie coś dla siebie i na pewno wyjdzie zadowolony. Do Papierówki z miłą chęcią wrócę i oby takich miejsc w Poznaniu i nie tylko było coraz więcej. 

                                                                Świetny wystrój 

Menu i ceny

Wegańskie pyszności

Opcje wegetariańskie